sobota, 5 listopada 2016

Stymulacja kreatywności

Modnie jest być dzisiaj kreatywnym. 

Na kreatywnych czeka przede wszystkim lepsza praca i ciekawsze życie towarzyskie (wg powszechnie przyjętego postrzegania osoby kreatywnej). Wszelkie aspekty egzystencji zdają się być ulepszone dzięki temu, że jesteś kreatywny. Jakie są kryteria oceny poziomu kreatywności? Specjaliści na pewno mają kilka sposobów, które pozwalają zbadać osobowość na tyle wnikliwie, aby takowy poziom ustalić. Ja nie jestem specjalistą i nie będę tego rozpracowywać. Ostatnio zastanawiałam się nad czymś innym, a mianowicie nad tym, co wpływa na pobudzenie kreatywności.
Odpowiedź: stymulacja!

Skuteczna stymulacja kreatywności jest wielkim skarbem. Poddając się jej, czujemy, że wskakujemy na wyższy poziom działania. A to jest pasjonujące! Znaleźć właściwe źródło stymulacji nie jest łatwo, ale czasem szukamy go zbyt daleko, a może się okazać, że wcale nie trzeba drążyć, wystarczy zrozumieć i właściwie wykorzystać.

Ja zrozumiałam, że swoją stymulację mam przy sobie od wielu lat. Od przedszkola czerpiemy od siebie nawzajem i napędzamy się do wskakiwania na wyższy poziom. Lata nierozłącznej przyjaźni – zrozumienia, wsparcia i szczerości. Myślałam o tym szczególnie intensywnie dlatego, że ostatnio w nasze rozmowy wkrada się wiele niepewności, zrezygnowania i zgody na bylejakość, co z jednej strony może „ciągnąć w dół”, ale z drugiej strony prowokuje do szukania sposobów na zmianę. W tym szczególnym przypadku takie rozmowy mogą być stymulacją. Chociaż to tylko moje zdanie, szanowne grono może się z tym nie zgodzić, wówczas mam nadzieję na owocną wymianę zdań.

Na pewno nie zrobiłabym wielu rzeczy w swoim życiu, gdyby nie to, że mam Was - lasencje moje. I mocno wierzę w to, że gdyby tylko była możliwość ponownego połączenia sił na co dzień, mogłybyśmy przenosić góry. Czasem mówi się o toksycznych relacjach, jeśli rozumiecie ten typ, to wyobraźcie sobie zupełne przeciwieństwo i to jest właśnie wasz stymulator kreatywności – energii życiowej, która sprawia, że uruchamiamy w sobie najprężniejsze mechanizmy do działania (w każdej możliwej dziedzinie). Wydobywamy z siebie chęć do wysiłku, który przynosi zadowolenie, satysfakcję. Dlaczego w takim razie godzimy się na związki (przyjaciół, partnerów), w których brakuje stymulacji? Dlaczego tkwimy w miejscu, które zabija nasze predyspozycje? Co każe nam pozostawać w relacji z drugim człowiekiem, który NIE STYMULUJE NAS UMYSŁOWO?

Albo z drugiej strony czemu sami nie mamy odwagi i chęci na stymulowanie osób, na których rzekomo nam zależy? Czasem może brakować pomysłu – to jestem w stanie zrozumieć, ale jeśli jest to permanentny stan otępienia to… chyba nic z tego nie będzie.

Jest też inne wyście. Nie uzależniać poziomu kreatywności od innych osób. Trudna sztuka, ale chyba wykonalna. 

Podsumowując: mój hammakk - moja stymulacja for ever <3 Kocham Was za to, że jesteście inteligentnymi i przebiegłymi kobietami, które pokazują mi inny punkt widzenia, dzięki temu idzie nie zwariować! :***


PS a już za tydzień wielki zjazd... oby był materiał na fajną relację ;D


środa, 5 października 2016

Wszędzie dobrze, ale razem najlepiej

Początek października zapowiadał się deszczowo, miało być coraz zimniej i ciemniej. Niczego nieświadome My w niedzielne słoneczne popołudnie spotkałyśmy się jak gdyby nigdy nic na długie rozmowy o życiu. Zawsze rozmawiamy o życiu. Tym obecnym i tym lepszym. I jak zwykle mamy tysiące pomysłów na to „lepsze”.

Suche fakty są takie, że nasz zlot zainicjowany był moim przyjazdem do Wałcza. Teraz rzadko tu wpadam, więc jak już jestem, to staram się wykorzystać każdą sekundę na spotkania z bliskimi, których tak bardzo brakuje mi w Gdańsku. Na szczęście, laski szybko podchwyciły temat,  wpadły na rewelacyjny pomysł zjedzenia niedzielnego obiadu w postaci wodorostów z ryżem i surową rybą – sushiMyLove. I tak lekko po 12:00 zapakowałyśmy się do samochodu i ruszyłyśmy w kierunku japońskich przysmaków. Angela – nasz rajdowy kierowca tego dnia postarała się o odpowiedni klimat w aucie i w świetnych nastrojach spędziłyśmy pół godziny  rozentuzjazmowane rozmawiając o naszych biznesplanach. 

Mokre fakty (jak są suche, to mokre chyba też mogą być nie?) są takie, że bawiłyśmy się świetnie, zaczynając od wystawiania recenzji wszystkim możliwym aspektom restauracji, w której się znalazłyśmy. Nie powiem, jakie to było miejsce. Taka reklama kosztuje, a hajs się musi zgadzać… Oczywiście żartuje, bo Sacha zameldowała nas przecież na FB, więc wiecie, gdzie byłyśmy. Moim zdaniem knajpka była w porządku, ale tego dnia w zasadzie wszędzie by mi się podobało, gdyż nieważne gdzie, ważne z kim <3 A towarzystwo było wyborowe.



Bardzo ufam moim przyjaciółkom. Naprawdę powierzyłabym im najbardziej odpowiedzialne z odpowiedzialnych zadań. Z tego względu bez chwili zawahania powierzyłam im wybranie takich wariantów wodorostów, jakie będą uważały za stosowne.  Po chwili sushi wjechało na stół. Do tego zielona herbata z mango i można się całkowicie zrelaksować. 





Czas mijał bardzo szybko, a mnie niestety ograniczała godzina wyjazdu do Gdańska. Mimo to skorzystałyśmy jeszcze z okazji i pojechałyśmy na pyszną kawę i deser. Takie dogadzanie zupełnie nie jest dla nas codziennością. Mieszkamy w różnych miastach i spotkania w większym gronie rzadko się zdarzają, dlatego jak już dochodzą do skutku nie żałujemy sobie. I tak minęło kilka godzin. Trzeba było wracać po bagaż i uciekać do Gdańska.




Siedząc teraz i patrząc za okno wspominam ten dzień z wielką nostalgią. Deszcz zmywa z ulic smutki i rozrzewnienie poniedziałkowych boleści (post pisałam w poniedziałek, ale nie zdążyłam opublikować). A ja jestem naładowana po sam czubek głowy pozytywną energią. Doceniam to szczególnie mocno, ponieważ przez kilka ostatnich tygodni myślałam wyłącznie o pracy i dyplomie magisterskim. Słaba opcja, chociaż doceniam również fakt, że miałam warunki, aby poświęcić się tylko temu. Naprawdę podziwiam wszystkich, którzy godzą obowiązki rodzinne z pracą naukową. Bycie np. matką przy jednoczesnym pisaniu/produkowaniu dyplomu jest dla mnie kosmicznym wysiłkiem. Mega propsy dla wszystkich uczących się, pracujących mam! Mam nadzieje, że nadejdzie taki czas, kiedy będę musiała wejść na ten wyższy stopień wtajemniczenia i stać się jeszcze bardziej wielozadaniowa. Ale nie o tym chciałam…


Kończąc ten wpis chciałam napisać, że w ciągu ostatnich dwóch dni doświadczyłam tak wielu pozytywnych emocji ze strony moich bliskich, że dotarła do mnie jedna myśl. Kiedy jest życiu taki czas, że zostajemy obdarowywani wielkim szczęściem, ale takim naprawdę obezwładniającym, zaczynamy się jednocześnie cieszyć i przeraźliwie bać. Bać żeby tego nie stracić. Słyszałam o syndromie biznesmenów, którzy mają wszystko – pieniądze, władzę i liczne sukcesy. W pewnym momencie przestają zabiegać o więcej, ale zaczynają wpadać w paranoję/ depresję żeby to, co mają nie stracić. Mnie też przeszył zimny dreszcz, kiedy wyobraziłam sobie, że mam wokół siebie tak wspaniałych ludzi i kogoś mogłoby zabraknąć. Mimo wszelkich problemów zachęcam do doceniania największych skarbów jakie posiadacie – życzliwych ludzi, których spotykacie na swojej drodze. Nic nie jest wieczne, ale wspomnienia zostają na długo, dlatego gromadzę je i doceniam każde najmniejsze.  


niedziela, 7 lutego 2016

Chłopak z tatuażem.

Banalny dramat romantyczny, czy zaskakujący epizod w życiu?

Nawet jeżeli uważasz, że twardo stąpasz po ziemi i tak jest w Tobie kropla naiwności, która przy zdolnościach przebiegłego człowieka, może rozlać się na całego Ciebie…



To ja jestem siódmym, brakującym ogniwem tego bloga. Sowa. Sowa zła wymowa, albo Sówka Imprezówka albo jeszcze inaczej dla innych Sowa Sowa… Dlaczego nie pisałam wcześniej? Uwielbiam swoją pracę i to ona mnie pochłania. Pewnie wielu z Was może się wydawać, że wracanie do domu z pracy i zajmowanie się tam pracą jest głupie. Nie wiem. Może ja jestem głupia. Ale to lubię i nic nikomu do tego :D Ciekawe jest to, że brałam się za napisanie posta już nie raz, ale teraz dopnę to na ostatni guzik. Otóż… Dziś napiszę o historii, która może wydaje się być filmem, a dla mnie to była codzienność.

Jeśli zaczynasz to czytać, daj mi szansę dokończyć. Nie po to żeby zająć Twój czas, a żebyś była ostrożniejsza.


Zacznę od początku. Do naszej firmy została zrekrutowana nowa grupa szkoleniowa. Wśród uczestników szkolenia zjawił się przystojny facet, za którym zaczynają wzdychać wszystkie dziewczyny w pracy. Dużo o sobie mówił, z wykształcenia rehabilitant i terapeuta zajęciowy. Zaczął pracę i z dnia na dzień zniknął na kilka miesięcy. Okazało się, że odezwały się problemy z nogą, które miał w przeszłości i spędził ten czas w szpitalach na rehabilitacji. W lipcu wrócił i zaczął z powrotem podbijać serca naszych pracownic. Tak się złożyło, że był z jego jeszcze wtedy obecną dziewczyną, z którą wiecznie się kłócił. Zaczął też pisać do mnie. Był tak idealny, że aż żal było to odrzucić. Kiedy potrzebował dachu nad głową, bo rozstał się z psychopatką (jak ją nazywał), wprowadził się do mnie. I zaczęło się moje kolorowe pół roku… Sprawił, że przez jakiś czas byłam z nim bardzo szczęśliwa. Wkupił się fantastycznie w moją rodzinę. Był adoptowany i pochodził z patologicznej rodziny, która na pewno życia mu nie ułatwiła. Moja mama w odpowiedzi na jego trudne i przesrane życie, próbowała mu stworzyć dom, którego może mu brakowało. Osoby, które mnie znają wiedzą, że nie wiem, co by się musiało stać, żebym zjadła żurek… No i tak przychodząc po pracy do rodziców on jadł ile wlezie, a ja patrzyłam, bo głód nie był silniejszy od nienawiści do białej kwaśnej zupy, z białym jajkiem i białą kiełbasą. Oczywiście jest to jeden z przykładów, który może wydawać się głupi, ale to jest czubek góry lodowej, tego jak potrafił wykorzystać moją rodzinę.
WYKORZYSTYWAĆ.
To jest coś z czego ten człowiek żyje. Ojciec pomógł załatwić mu pracę, matka ratowała jak zatruł się grzybami. Zaskarbił sobie sympatie moich braci, sąsiadów, znajomych rodziny i moich. Krzywdził zwykłą codziennością. Zdradzał na prawo i lewo. Tu jedna z Piły, tu z Kalisza, tam ze Szczecinka. I wszystko to pod moim nosem. Udawał, że choruje. On tym żył i żyje dalej. Zapomniał tylko, że KARMA WRACA. Wynajął w Pile mieszkanie na Bohaterów Stalingradu. Wiecie po co je miał? Żeby kiedy ja byłam w pracy, bzykać co popadnie. Przyszedł dzień, kiedy odzyskałam pieniądze, które fizycznie mu pożyczyłam. Zapomniał tylko oddać za utrzymywanie go, sprzątanie mu i gotowanie obiadów. Tak się składa, że tego nigdy nie odzyskam.  Kiedy jeździł do Poznania, niby do rodziców, zawsze szwędał się po hotelikach, motelach i znajomych. Nigdy ich nie odwiedzał. A dlaczego? Bo nie ma już czego u nich szukać. Skrzywdził ich tak samo jak każdą kobietę, która naiwnie chciała mu pomóc i tworzyć z nim dom i rodzinę. Przyszedł dzień, kiedy przyznałam się mojemu przyjacielowi i bratu, że mam zamiar z tym skończyć i wyrzucić go z domu. Miałam mnóstwo dowodów, bo chłopak zapomniał, że Messenger i jego ukochane Badoo aktualizują się na każdym urządzeniu. Zrobiłam screen’y z rozmów, które prowadził ze swoimi dupami.

I z kumplem, któremu napisał: „Nie jesteśmy razem. Znaczy ona myśli, że jesteśmy, ale tak nie jest…”. Sympatycznie jak na gościa, który mieszka z Tobą, śpi w jednym łóżku i dzieli życie, nieprawdaż? Wróciłam z pracy jak gdyby nigdy nic. Wlałam lampkę wina, poczekałam, aż moi koledzy i brat będą pod klatką. Odpaliłam papierosa i powiedziałam, żeby podszedł, to mu coś pokażę. Rzuciłam mu przed nos zrzuty z ekranów, które niosły jego całą historię kłamstw i oszustw… Powiedziałam: Masz trzy minuty na zapoznanie się z tym, dwadzieścia minut na spakowanie i wypier*****. Spakował się i przeprosił. Pewnie zrobił to ze strachu przed chłopakami, którzy całe przedstawienie oglądali z kanapy, popijając piwko. Gdzie pojechał z kilkoma torbami? Do równie naiwnej dziewczyny, która przenocowała go. Na drugi dzień pojechał do pracy. A tam co? Niespodzianka… Aresztowała go policja na kilkudziesięciodniową odsiadkę… Czyżby niewyjaśnione problemy z prawem z przeszłości? Jego rzeczy zniknęły. A przy sobie miał przysłowiowe nic. Idąc do pracy nie mamy raczej zwyczaju zabierania ze sobą dorobku całego życia… Przynajmniej ja nie mam. Szybko okazało się, że jego była dziewczyna, która wyrzuciła go z domu zanim zamieszkał u mnie, nie była psychopatką. Jest bardzo fajną kobietą, która ułożyła sobie na nowo życie. W ustach tego człowieka, każdy kto w naszym mniemaniu jest normalny, ocieniany jest jak psychopata. Tylko, że psychopatą w tym przedstawieniu jest on.

Wiecie jak zrobił mi krzywdę? Nie tym co mi zrobił, ale tym jak wykorzystał moją rodzinę. Dla kogoś takiego jak ja, dla kogo rodzina jest najwyższą wartością, to był największy cios. Jednak wszyscy się szybko po tym pozbierali. Ja na drugi dzień w pracy, byłam lżejsza o całą porobioną sytuacje.

NIE NAPISAŁAM TEGO PO TO, ŻEBY WYLAĆ SWOJE ŻALE, ALE ŻEBY WAS PRZED NIM OSTRZEC. MA MNÓSTWO DŁUGÓW I SPRAW W SĄDZIE. A CZAS, KTÓRY RZEKOMO SPĘDZIŁ W SZPITALU OD MARCA 2015 SPĘDZIŁ PO PROSTU W WIĘZIENIU…



Czyli to, że zamknęli go 12 stycznia, nie było jego pierwszą wizytą w polskim pierdlu…

Nie życzę najgorszemu wrogowi, żeby ktoś taki stanął mu na drodze. Wysysa z człowieka wszystko co najlepsze. Dziewczyny, miejcie głowy na karku. A jeśli macie być z kimś takim, to lepiej, żebyście były same. Gwarantuję, że będziecie najszczęśliwsze pod słońcem. Tak jak ja dziś.

Peace&Love

Owl.

Strefa komfortu - wyjść czy nie wyjść? // ANNA

"Wyjść ze strefy komfortu, gdzie może szału nie ma, ale jakoś leci i pobiec w nieznane. Koło kręci się dalej, a przed nami jeszcze ogromna ilość kroków do wykonania. Może ten jeden, ryzykowny, egocentryczny akurat się opłaci?"

To słowa HNA, nad którymi myślałam przez ostatni tydzień w każdej chwili, kiedy tylko mój umysł był wyzwolony od pracy, uczelni czy innych problemów. Strefa komfortu proszę Państwa. O tym będą dzisiejsze wypociny waszej ulubionej felietonistki. 

Czy każdy zna granice swojej strefy komfortu? Ja próbowałam je określić i okazało się, że taka strefa u mnie składa się z kilku "podstref". W zależności od tego, czym się zajmujecie w życiu, takie składowe będzie mieć wasza SK (strefa komfortu). W moim przypadku podstrefy, które mają największy priorytet i niewątpliwie pochłaniają mnie teraz najmocniej to: strefa produkowania dyplomu magisterskiego (od dzisiaj na pierwszym miejscu), strefa pracy (tak tak, pełen etat to już nie przelewki) i strefa treningów. Jest też kilka innych (niemniej ważnych), ale niech pozostaną one moją tajemnicą. 

SK mgr. Każdy, kto doświadczył tego typu rozrywki ma pewnie własne zdanie na ten temat. Ja póki co jestem nakręcona i mam nadzieję, że mój projekt będzie na tyle udany, że nie będę żałowała czasu, który mu poświęciłam i z satysfakcją będę się nim chwalić. Dlatego SK związana z projektowaniem nie jest zbyt duża. Komfortowe na pewno nie jest to, że spędzam weekend przy komputerze głowiąc się nad porządkowaniem miasta (szczegóły mojej pracy zapewne opublikuję po obronie). Tak sobie myślę... właściwie sam fakt, że robię tego mgr jest już pewnego rodzaju wyjściem ze SK. Bo w mojej SK nie ma miejsca na takie ekscesy. No ale załóżmy, że "produkcja mgr" jeszcze się w niej jakoś upchnęła, a wyjściem ze SK jest zaangażowana! produkcja - bez chodzenia na skróty.

SK pracy. Tu każdy powinien się ze mną zgodzić, praca - jaka by nie była - nie mieści się w SK... Z definicji. Nie bez znaczenia jest przecież ilość czasu, jaką się jej poświęca. Póki co praca zajmuje mi 1/3 doby (zaleta normowanego czasu pracy). To całkiem sporo prawda? Jeśli wezmę pod uwagę, że staram się sypiać po ok. 7-8h/dobę, to zostaje mi taka sama ilość na całą resztę. Niby optymalnie. Ale jednak... praca to praca. I nie ma znaczenia czy się ją lubi czy nie. Takie jest moje zdanie. Jeśli jednak miałabym wciągnąć pracę do SK, to jak określić moment, w którym z niej wychodzę? Muszę to jeszcze przemyśleć. Prawdopodobnie, aby odpowiedzieć na to pytanie muszę zdobyć więcej doświadczenia.

SK treningów. Moja ulubiona. Jeśli ktoś mnie nie zna, to tak szybciutko postaram się naświetlić swoje perypetie związane ze sportem. Moi rodzice są magistrami akademii wychowania fizycznego, więc siłą rzeczy sport jest w moim życiu obecny od samego początku. Czasy szkolne to wszelkie gry zespołowe (poza piłką nożną), w wieku od 13 do 19 lat intensywnie trenowałam tenisa ziemnego (byłam licencjonowaną zawodniczką), studia to głównie rekreacja - bieganie, rower i zajęcia fitness, trochę siłowni. Po pierwsze uwielbiam się męczyć, więc sam fakt chodzenia na treningi nie jest dla mnie etapem, który mogę określić jako wychodzenie ze SK. I właśnie o tym najwięcej ostatnio myślałam - kiedy udało mi się wyjść z tej strefy? Czy kiedykolwiek pokonałam granice, poza którymi jest na prawdę nieprzyjemnie? Wiecie jak to się teraz mówi - 100% albo nic. No tak, ale 100% to znaczy ile? Analizuję teraz w głowie ostatnie kilka treningów, które wykonałam i wydaje mi się, że 100% to realizacja całego planu treningowego i wykonanie każdego polecenia trenera. Hm... czyli w sumie żadna filozofia. Każde odpuszczenie powoduje, że procenty lecą w dół. No tak, tylko że 100% to dla mnie wciąż SK. Więc jak z niej wyjść? [Bardzo mocno chcę w tym miejscu zaznaczyć, że każdy musi sam zrobić sobie taki rachunek i określić granice SK, tego nikt nie może narzucić] Otóż odpowiedź znajduję nie w tym ile powtórzeń z założonego planu wykonałam, tylko w momencie kiedy mój umysł podpowiadał mi, że wygodniej byłoby odpuścić, a mimo to walczyłam dalej. Wychodzenie z treningowej SK wydaje mi się najbardziej satysfakcjonujące, ponieważ na treningu muszę umieć się przełamać tu! i teraz! Szybkość w podejmowaniu decyzji, daje szybki efekt - albo zadowolenie z wyjścia ze SK albo świadomość, że dziś się nie udało.

Kolejne pytanie: wychodzić czy nie wychodzić? Już obojętnie o jakiej SK mówimy. Jakie macie odczucia? Wg mnie trzeba zachować zdrowy rozsądek, który podpowie nam kiedy przekroczenie granicy będzie właściwe, da nam radość. Niezdrowe byłoby wychodzenie non stop z każdej SK. Ambicja powinna kusić nas, aby co jakiś czas się przełamać, ale ciągłe życie poza granicami jest praktycznie niemożliwe. Czy ktoś z Was tego doświadczył i ma inne zdanie? Dla tych, którzy nigdy się nad tym nie zastanawiali, polecam świadome określenie swoich SK. Mi to pomaga np. jak zbiera mi się na narzekanie i użalanie się nad sobą. Jeśli wiem, że to, co robiłam mieści się w SK, a mimo to zaczynam jęczeć, to od razu przestaję! Wiem, kiedy mogę zacząć jęczeć, bo wiem co jest powyżej moich 100%. 

Np. teraz powyżej moich 100% będzie m.in. pisanie postów. Ale daje mi to wielką radość, dlatego spinam pośladki i zakładam, że co jakiś czas zaszczycę Hammakk swoją obecnością!

poniedziałek, 1 lutego 2016

Nocne przemyślenia // HNA

Codziennie podejmujemy miliony decyzji. Są decyzje dobre, są złe, są takie, które wpływają na całe nasze życie i takie, których skutki odczuwamy tylko przez sekundkę i zapominamy o tym, co się stało. Podjęłam złą decyzję? Muszę podjąć następną. Dobrą? I tu kolejne znaki zapytania. Zamknięte koło, które nigdy nie przestanie się obracać i nie jesteśmy w stanie się z niego wyrwać. Tak już po prostu jest. Rzecz w tym jak przechodzimy przez ten życiowy quiz.

 Czasami się zastanawiam, co wpływa na to, że robię tak a nie inaczej. Czy rzeczywiście idę ścieżką wybraną przeze mnie i tylko mnie, czy może taką, którą z jakiś powodów powinnam wybrać. Bo tak powinno być, tak powinnam się zachować, a tak nie powinnam. Dlaczego? Bo ktoś coś powiedział, bo ktoś coś może sobie pomyśli, bo takie są zasady, tak zostałam wychowana, tak mówi moja religia, rodzina, przyjaciele itd. Z czasem nawet zaczynamy wierzyć, że tak będzie lepiej, prościej, szybciej. Zatracamy może jakąś cząstkę siebie w tym wszystkim, może nie jest idealnie, a nasza codzienność odbiega od tej wyśnionej, wymarzonej w dziecinnych snach, ale "nikt nie powiedział, że będzie kolorowo". Wracamy do istniejącego stanu rzeczy. Idziemy dalej tym samym szlakiem, bo znowu religia, rodzina, przyjaciele, zasady...

A gdzie nasza prawdziwa, pełna wolność? A gdyby tak czasem zaszaleć? Postawić swoje egoistyczne JA na pierwszym miejscu. Nie martwić się, że doszliśmy w życiu do punktu, w którym może i chcielibyśmy coś zmienić, ale już jest za późno. Powiedzieć światu "nie!" i ruszyć w zupełnie innym kierunku - takim, którego nikt by się nie spodziewał. Mieć gdzieś to, co powinniśmy albo czego oczekują od nas inni. Odrzucić strach przed nieznanym i przezwyciężyć przede wszystkim swój lęk przed podjęciem złej decyzji. Wyjść ze strefy komfortu, gdzie może szału nie ma, ale jakoś leci i pobiec w nieznane. Koło kręci się dalej, a przed nami jeszcze ogromna ilość kroków do wykonania. Może ten jeden, ryzykowny, egocentryczny akurat się opłaci?



Realizacja marzeń, osiągnięcie tak zwanego "spełnienia" jest dla każdego czym innym, ale zawsze wymaga walki. Przede wszystkim walki z samym sobą i o samego siebie. A potem to już z górki :)

środa, 13 maja 2015

Poznań -> Budapeszt, czyli majówka w wykonaniu H.A.M.M.A.K.K.a // HNA

Za nami długi weekend majowy (może w tym roku nie aż taki długi, ale przecież nie długość, a jakość się liczy). No i tyle się działo, że aż nie wiem od czego zacząć... Może najlepiej od początku, czyli pomysłu przez realizację aż po szczęśliwe zakończenie.

Już jakiś czas temu wspominałam o wspaniałej inicjatywie jaką jest autostop i wszystko co z nim związane: poznawanie nowych miejsc, ciekawych ludzi, niepewność i emocje związane z "podróżą w nieznane". Bo właśnie to jest najpiękniejsze w tym całym pakowaniu plecaka i ruszaniu przed siebie, byle dalej, byle w dobrym towarzystwie i z uśmiechem na twarzy. Plan był prosty: bierzemy udział w majówkowym wyścigu autostopem z Poznania do Budapesztu. Założenia? Dojechać całe i zdrowe w dwa dni, zobaczyć stolicę Węgier, dobrze się bawić, a w niedzielę wrócić do Poznania z dziesiątkami cudownych wspomnień, z uczuciem satysfakcji i pozytywnego zmęczenia. Realizacja? 100%, a może i więcej :)


Razem z innymi 350 parami (tak, trochę nas było...) ruszyłyśmy w podróż już w środę rano. Krótka rozgrzewka na Placu Wolności, biegiem na wylotówkę i możemy zaczynać. Oczywiście, jak to bywa w przypadku kobiet z naszą orientacją terenu i talentem do planowania wszystkiego krok po kroku, wstępnie założony plan trasy przeszedł kilka modyfikacji, ale ostatecznie po podróży w towarzystwie 9 fenomenalnych kierowców, 6 godzinach spędzonych na stacjach benzynowych, przekroczeniu 3 granic, zjedzeniu puszki pasztetu z Biedronki i połowy bochenka chleba, wykonaniu 1000 machnięć ręką i 100 razy zadanym pytaniu ,,Dokąd Pan jedzie?/Where are you going?" dotarłyśmy na miejsce! W zaskakująco dobrym czasie -        23 godziny i 32 minuty oraz zajmując zaskakująco dobre 54 miejsce. No ale przecież to nie zajęta lokata jest ważna tylko zabawa po drodze czyli rozmowy łamanym angielskim z rumuńskim kierowcą o komunizmie w Polsce i podatkach od sprowadzanych samochodów, życiowe porady śląskiego tirowca, wspólne świętowanie półmetka trasy z chłopakami z Kielc i wiele innych. Jak można było się spodziewać, pobyt na miejscu okazał się być intensywny i też pełen wrażeń. Budapeszt zachwycił nas swoim pięknem. Wino za  4,0 zł nigdzie tak nie smakuje tak, jak nad pięknym modrym Dunajem no i nie ma drugiego tak pięknego Parlamentu czy zachwycających mostów w środku miasta. Dopełnieniem naszego szczęścia okazała się atmosfera naszego obozowiska: grille, ogniska, śpiewy, tańce i hulańce i oczywiście wspaniali ludzie, których nie brakowało na miejscu. Wszyscy ze wspólną zajawką na podróżowanie, spontaniczni, otwarci, po prostu z tych "których nie da się nie lubić". Obie zostałyśmy wielkimi fankami TrickBoardów (chociaż do mistrzostwa nam jeszcze daleko) i  zimnych kąpieli. No i w ogóle było fajnie :) Podsumowując...

Girls just wanna have fun! A my chcemy jeszcze więcej!!!

piątek, 8 maja 2015

Nie zawsze jest cukierkowo... // IZII

Cały czas piszemy o naszej przyjaźni, spotkaniach, wzajemnych relacjach i o tym jak to jest wspaniale, spontanicznie, wesoło i kolorowo... :)
Prawda jest jednak taka,że nie zawsze jest tak cukierkowo i sielsko. Jak w każdym dobrym "związku" zdarzają się nieporozumienia, spięcia, kłótnie. Trudno się dziwić, w końcu jesteśmy paczką siedmiu temperamentnych bab, w której każda jest niezależna, każda ma coś do powiedzenia i każda ma SWOJE zdanie.

Hmmm... brzmi to trochę jak przepis na niezłą awanturę :)
Niekiedy mężczyzna nie może wytrzymać z jedną kobietą, a jak tu wytrzymać z siódemką? :D
Czasem nie jest łatwo. Potrafimy posprzeczać się nawet na odległość, przez telefon, czy inne komunikatory.

Nie szukając daleko, sytuacja z przed jakiś 2 tyg kiedy to spięłyśmy się o ZDJĘCIA :P   A dokładniej o to,że jak się okazało byłam lekko nadgorliwa i zbyt szybko pewne materiały udostępniłam/ujawniłam. W tym wypadku to raczej wyglądało tak,że reszta bandy dała mi dość dobitnie do zrozumienia,że nawaliłam,że inna była umowa. Nagadały się, wylały swoje "żale", ja posłusznie wysłuchałam i było po sprawie. Trwało to jakieś max. 5 minut. 

Na szczęście potrafimy być w tym wszystkim szczere wobec siebie i prosto z mostu powiedzieć tej drugie,że coś jest nie tak. Potrafimy również, co oczywiście nie zawsze jest takie proste przyznać się do błędu i stwierdzić "Ok, zawaliłam. Przepraszam". I choć czasem bywa ostro,(w takich momentach nie przebieramy w słowach) to spięcia takie nie trwają długo. Często kończą się wraz z wypowiedzianym monologiem który wyładowuję całą złość. Bardzo często bywa również tak,że zaraz po jakiejś sprzeczce, (po tym jak już każda wykrzyczała to co miała do wykrzyczenia) patrzymy na siebie i wpadamy w śmiech zdając sobie sprawę z absurdu danej sytuacji.

Kiedyś ktoś powiedział,że: "Pokłócić się też trzeba umieć" i chyba naprawdę coś w tym jest.
Bo dzięki tym naszym sprzeczkom coraz bardziej się docieramy i poznajemy nie tylko nasze zalety, ale i wady które również są nieodzownym elementem naszej przyjaźni.

A tam gdzie są prawdziwe relacje międzyludzkie kłótnie były, są i będą- trzeba tylko umieć je dobrze rozgrywać :)

czwartek, 7 maja 2015

Na sen // SASH

Nic mnie ostatnio tak nie dziwi jak ja samą siebie. A konretnie to moje sny. Bodźce docierające do mnie z zewnątrz mieszają mi się z jakąś dziwną fantazją i  w mojej głowie powstają absurdalne obrazki. Mam nadzieję, że to normalne, dopóki potrafię oddzielić tę fantazję od rzeczywistości. Chociaż dziś śniło mi się, że jadłam płatki z mlekiem i jak wstałam wydawało mi się, że jestem już po śniadaniu... Ale bardziej fascynującym obrazkiem dzisiejszej nocy był Pan Korwin Mikke, który mówił po holendersku. Okazało się, że świetnie władam tym językiem i wdałam się z nim w burzliwą dyskusję. Niezwykłe co też tkwi w naszej podświadomości. Pan Janusz z pewnością pojawił się w mojej głowie w związku ze zbliżającymi się wyborami prezydenckimi, na które oczywiście się wybieram i polecam każdemu ! Dość narzekania, że nic się nie zmienia, trzeba ruszyć tyłek i iść "zrobić ptaszka" ;)

https://www.youtube.com/watch?v=DbTfI7e1FFQ

poniedziałek, 30 marca 2015

Seven heaven // SASH

Siedem lasek to naprawdę ciężka sprawa do ogarnięcia... zwłaszcza jak chce się zorganizować wspólne spotkanie aby żadnej nie zabrakło ! Wiecznie którejś coś nie pasuje, a to ta pracuje a to tamta ma egzamin jeszcze inna nie ma akurat wystarczająco gotówki by pozwolić sobie na wycieczkę do innego miasta... A tak, bo wcale nie mieszkamy w jednym mieście... Pochodzimy wszystkie z Wałcza ale na studia obrałyśmy różne strony. Klaudia mieszka w Bydgoszczy, Karola w Koszalinie, Ania w Gdańsku, Marta  w Pile a ja Hania i Angela w Poznaniu. Ale w końcu nadszedł ten moment, że udało  się wszystkie moje gwiazdy zebrać do kupy. I w ten weekend wszystkie spotkałyśmy się w Poznaniu. Weekend był wspaniały. Jak zwykle dużo śmiechu, łez, wspomnień, całonocnych rozmów...a oprócz tego zorganizowałyśmy sobie specjalną sesję zdjęciową, którą wkrótce opublikujemy na naszym blogu. Przebieranki, pozowanki to całkowicie mój żywioł! :D

Tymczasem wrzucam fotke z backstage'u